3 lutego 2016

Weekendowy Karkonoski Klasyk - Śnieżka

Ostatni weekend nie zanosił się szumnie, miał być spędzony na totalnym lenistwie w zaciszu domowych pieleszy. Aż tu nagle jeden telefon i całkowita zmiana planów.

Do Karpacza wybraliśmy się dość późnym sobotnim rankiem. Pogoda we Wrocławiu istnie wiosenna. Podobnie w Karpaczu, gdzie tradycyjnie w okolicach Kościółka Wang zostawiamy auto. 

Szybka zmiana ciuszków, przepakowanie plecaków i wchodzimy na szlak. Tradycyjnie idziemy trasą Bronka Czecha w kierunku Samotni. 

Oczywiście pamiętamy, że zimą część szlaków zostaje zamknięta, część zmodyfikowana. Tak też jest i w tym przypadku. Kierując swe kroki ku samotni pamiętajmy, że fragment szlaku niebieskiego od Domku Myśliwskiego jest zamknięty. Warto sprawdzać przed wyjście w góry jak wygląda aktualny stan szlaków i jaka jest prognozowana pogoda. Niezbędne informacje w przypadku Karkonoszy znajdziecie na stronie GOPR albo Karkonoskiego Parku Narodowego

źródło: tu

Im bliżej Samotni tym bardziej oblodzony robi się szlak. My wyciągamy kije trekingowe, dzięki którym jest łatwiej opanować ślizganie się po szlaku. Im wyżej będziemy wchodzić tym coraz bardziej przekonamy się, że zabranie raków to jak zwykle był doskonały pomysł. 
O kijkach napiszę jednak słów kilka. Dla niektórych jest to zbędny gadżet albo syndrom modnej fanaberii. Dla mnie kije trekingowe stały się podstawowym wyposażeniem zabieranym w góry. Dlaczego ? 

Bo podpierając się na kijach odciążamy stawy kolanowe podczas gdy dokonywujemy duże różnice wysokości. Największa ulgę odczuwamy gdy schodzimy ze stoku. Gdy opieramy się na kijach to przenosimy część obciążenia z nóg na nasze ręce. Kolana nie bolą, za to pracują bicepsy, tricepsy, mięśnie grzbietu (tak, tak przy okazji pracuje całe ciałko). Osobiście przez długi czas męczyłam się z dolegliwościami kolana - wejść weszłam, przy zejściu noga się blokowała. Ortopeda podpowiedział - kije trekingowe i od tej pory "pokochałam" je miłością bezwzględną. Z czasem dolegliwości minęły, a kije dalej ze mną podróżują i pomagają w asekuracji w nieciekawych terenach. 


Pamiętajmy żeby dobrać długość kijów do naszego wzrostu. Sam fakt posiadania kijków nie wiele pomoże, jeżeli będą one źle dostosowane do naszych potrzeb. Jak to zrobić ? Gdy trzymamy kij w ręku nasze przedramię i ramię powinny tworzyć kąt prosty. Co oznacza, że w zależności od nachylenia terenu kije skracamy lub wydłużamy. Ponieważ kije składają się najczęściej z trzech segmentów istnieje możliwość ich skracania i wydłużania. Tutaj w zależności od firmy mamy różne rodzaje zastosowanych mechanizmów. Moje kijki mają opcję mechanizmu zaciskowego, który można doregulować jeszcze śrubką. Jest to o tyle fajne rozwiązanie, że można łatwo i szybko regulować kije bez konieczności ściągania rękawic - dość istotne zimą przy minusowych temperaturach.


Przy doborze kijków dobrze zwrócić uwagę na pętlę - pomaga ona odpocząć dłonią i przenosi część obciążenia na nadgarstki. Dobrze jak można ją regulować również bez konieczności ściągania rękawiczek. Fajnym patentem okazuje się zachowanie mechanizmu regulacji w rączce. Która jeżeli tak jak w moich kijkach jest szersza to ułatwiają wsparcie się na kijkach. 


Szacowna autorka tego bloga korzysta w tym sezonie z widocznych na zdjęciu kijków Forclazz 550 Grip Quenchua i jest z nich zadowolona w 100%.

Póki co dochodzimy do Samotni. Lokalizacja tego miejsca nie traci na uroku od wielu, wielu, wielu lat. W schronisku jak zawsze pełno ludzi. Zatrzymujemy się na chwilkę i idziemy dalej aby przerwę śniadaniową spędzić w Strzesze Akademickiej (tak, tak moje najukochańsze Karkonoskie schronisko:D ). 


Chwila przerwy i idziemy w kierunku Śnieżki. Im wyżej tym bardziej ślisko i tym bardziej wieje. Gdy tylko wiatr przewiewa chmury możemy podziwiać co ładniejsze zimowe widoki. Od Równi pod Śnieżką - Karkonoszach jest zimowy "winterland" :D 

Szybko dochodzimy do Domu Śląskiego - tam zostawiamy plecaki i kierujemy się czerwonym szlakiem na szczyt góry. 


Wieje, duje po całości - na szczycie w budynku czeskiej poczty dowiemy się, że w porywach wiatr wieje 120 km/h. 


Krótki odpoczynek, ciepła herbata, kanapka i zaczynamy schodzić bo słońce za chwilę zaczyna zachodzić. Co prawda mamy ze sobą również czołówki, ale ze względu na towarzyszącą nam pogodę, wolimy zachód słońca oglądać spod Schroniska, niż trzymając się łańcuchów na zejściu. Ja i moja jak się okazuje nie duża waga ciała odkrywamy, że przy tym wietrze potrzebuję dużo, dużo siły wewnętrznej, żeby nie zacząć "latać". 


Dom Śląski zaskakuje mnie mega pozytywnie. Dawno nie korzystałam z ich gościnności i opinie w internecie mnie lekko przeraziły (tak najpierw zarezerwowałam miejsce, potem czytałam opinie). A tu niespodzianka - czysto, schludnie, ciepło w pokojach, ciepła woda, poczynione remonty, przepyszne jedzenie i ceny nie powalające z nóg. Jak dla mnie odkrycie sezonu. 


Rano wieje już tylko do 100 km/h. Pojawił się śnieg. Góry nabrały bajkowego uroku. A my posileni wyruszamy z powrotem do zaparkowanego auta, żeby powrócić do domu. 


Co ważne szlaki pokryła spora warstwa śniegu, ale nie sprawiło to, że znajdujący się pod nimi lód stał się nie widzialny. Ba tym bardziej wymaga to rozważnego schodzenia, bo w każdej chwili nogi mogą uciec do góry, a my leżymy tyłkiem na ziemi. 


A tymczasem miłego wyczekiwania weekendu i do zobaczenia na szlaku :)

2 komentarze:

  1. Magdo

    fajna wyprawa, szkoda że tak daleko z Bielska mam w te góry.
    Ale powoli kończy są nowe szlaki w rozsądnym pobliżu...
    Zatem może niedługo w końcu je odwiedzę.

    Za to na Śnieżkę chętnie wbiegnę :)

    Co do kijków. Też ich używam i sobie je chwalę. Przy 30-40km wędrówkach i ok. 1k przewyższeniach wolę wspomagać swoje kolana kijkami. A przy okazji ćwiczyć całe ciało.
    "Dla niektórych jest to zbędny gadżet albo syndrom modnej fanaberii."? Ciekawe, to chyba jacyś niedzielni turyści uważają tak.

    Fajny post, dziękuję za info o kijkach, niedługo chyba trzeba będzie mi je zakupić. Obecne są już prawie nie do dobrej regulacji.

    OdpowiedzUsuń
  2. Mieliście niełatwą pogodę, ale najważniejsze, że się nie poddaliście. Góry są zawsze warte takiego wysiłku! :)

    OdpowiedzUsuń