23 lutego 2016

Jak Ja to się robię, że w górach nie marznę :)

Pod moim domem rośnie już całkiem niezła łączka przebiśniegów, po błękitnym niebie hasają białe, puchate chmurki, termometr wskazuje  niezmiennie prawie 9 stopni ciepła. Przedwiośnie jak żywe ;) Dwa dni później śniegu po kosteczki, dwa dni później odwilż. To tak na nizinach.

A w górach - zima. I coraz częstsze informacje o "nieodpowiedzialnych" turystach i akcjach ratowniczych GOPR.

Zima to nie jest czas gdy chowamy się pod kołdrę, zamykamy drzwi na cztery spusty i udajemy, że nas nie ma. Dlatego tez dzisiaj się troszkę "powymądrzam" jak Ja to robię, ze nie marznę zima w górach.

Ubieram się na cebulkę. 

Osobiście stosuję zasadę 3 warstw ciuszków. Najbliżej ciału powinna być warstwa termoaktywna. Najważniejszą cechą takiej bielizny jest odprowadzanie potu na zewnątrz, tak, żeby nasze ciało pozostało suche. Doskonale sprawdza się bielizna z dodatkiem z wełny z merynosów - jest ciepła, przyjemna w dotyku. Nie sprawdzają się bawełniane koszulki - nasiąkają potem, przez co wyziębiają nasz organizm.


Druga warstwa to warstwa ciepła. Ja najczęściej nakładam lekki polar, bluzę polarową, albo lekka puchówkę (sweter puchowy). Ta warstwa ma mi zapewnić ciepło.


Przed wiatrem i deszczem chroni trzecia warstwa. Dlatego na wierzch nakładam bluzy softshel (gdy wieje) albo kurtkę z membraną goretex (gdy oprócz wiatru atakuje nas jeszcze deszcz, albo śnieg).


Na zdjęciu mam kurtkę i spodnie z firmy Quechua

Ponieważ Ja jestem raczej typem zmarzlucha, zawsze w plecaku mam jeszcze jedną dodatkową warstwę ciepłą. Taki ze mnie typ. Ale takie rozwiązanie sobie wypracowałam i sprawdza mi się.

Głowa - ważna sprawa.

Nie wyobrażam sobie, hasać zimą z odkrytą głową. Szczególnie gdy wieje i duje. Nie mówiąc o tym jak zacina deszczem, albo śniegiem. czapka to podstawa. U mnie jest to zestaw czapka i chusta/komin typu buff. Buzię smarujemy kremem z wysokim filtrem słonecznym, który jest przeznaczony na warunki zimowe - niby nic a jednak wiele ;) Zawsze jest to minimalna, ale ochrona przed zimnem i wiatrem.



Ręce - sprawa wagi państwowej. 

Moje ręce marzną. Marzną szybciej niż innym, marzną zawsze i wszędzie. Dlatego rękawiczki są wyposażeniem "MUST HAVE". I nie ma zlituj się. I to nie jedna para, a dwie. Gdy zaczynam spacer na dłoniach mam lżejsze rękawiczki, zęby ręka nie marzła i było wygodnie. Ale im wyżej i bardziej wieje wiatr zakładam cieplejsze i wiatroodporne rękawiczki. Możecie też uskutecznić tryb mieszany - jedne bliższe ciału, cieńsze, drugie wiatrochłonne. Nie wiem jak Wy, Ja nawet na krótsze wyjścia zabieram dwie pary - raz, że jestem zmarzluch, dwa, że zawsze jedna para może się przemoczyć i wtedy zakładamy drugą.


Nogi, nogi...

Skarpety - osobiście polecam cieplejsze, wyższe i dopasowane do stopy. Dobrze, zęby skarpety miały ściągacze, które zapobiegają przed zsuwaniem się skarpety (dyskomfort). Niektóre modele mają różne rodzaje materiału. Jest to przemyślane rozwiązanie, a nie forma urozmaiconego dizajnu. ;) Często grubsze fragmenty są w tych miejscach, gdzie skarpeta się bardziej trze, albo but dociska do nogi.



Stuptuty - jeżeli wiecie, że będzie śnieg. I tego śniegu będzie dużo. I będzie w nim brodzić. I będzie Wam oblepiał spodnie i właził pod te spodnie. Polecam stuptuty. Potrafią być upierdliwe, ale doskonale chronią przed wsypującym się śniegiem - a co za tym idzie chronią przez zimnem.


Spodnie - Jeżeli zaczynamy uprawiać turystykę zimową wystarcza nam spodnie softshelowe, które mają być dopasowane i wygodne. Możecie zwrócić uwagę na wzmocnienia na kolanach, kieszenie, zamki n udach (wywietrzniki). Ps. pod spód można włożyć rajtki termo ;)


Ze mną zawsze jeszcze podróżują ogrzewacze do rąk (patrz wyżej o info o moich marznących dłoniach). Nie korzystam z nich jakoś namiętnie, ale świadomość że są w plecaku i gdyby była potrzeba mogę je użyć jest dla mnie pocieszająca.


Z tego samego powodu, podróżuje ze mną zawsze folia NRC (tzw. koc ratunkowy). Bardzo wytrzymała, złożona w malutką kosteczkę folia może się okazać bezcenna. Owinięcie taką folią w sytuacji kryzysowej chroni przez wyziębieniem (złota strona na zewnątrz) lub przegrzaniem (srebrna strona na zewnątrz. Koszt takiej foli to niecałe 10 zł.

Zawsze podróżuje ze mną termos z gorącą herbatą. Herbata obowiązkowo jest słodzona (mimo, ze na co dzień słodka herbata i kawa jest bleaaah). 



Oczywiście nie zapominamy zabrać ze sobą naszego rozumu :) Rozumu nigdy za wiele :)




12 lutego 2016

Weekend pod ziemią - Wieliczka.

Dzisiaj udowodnię, że wyprawa pod ziemię to wyprawa w góry :D
Nie wierzycie ?? To słuchajcie.

Stara nazwa kopalnianego szybu albo zboża to "góra". To słowo dało nazwę zawodowi górniczemu i górnikowi. 

Wielickie góry czyli Kopalnię Soli w Wieliczce na zaproszenie naszej przyjaciółki odwiedziliśmy w niedzielne południe. Dla mnie to był powrót po wielu, wielu, wielu latach. Ostatni raz odwiedziłam Wieliczkę w ramach wycieczki szkolnej w czasach podstawówki. Po dziś dzień jednym z moich ulubionych zdjęć z tamtego czasu jest zdjęcie grupowe z Kaplicy Św. Kingi. 

Na początek parę słów o wielkości tego miejsca:
- długość 7 km, szerokość 900 m, głębokość 330 m,
- 9 poziomów, 
- łączna długość chodników - 300 km,
- przez ostatnie 1000 lat wydobyto ok. 25 mln ton soli, w wyniku czego jest ok. 2000 komór o pojemności 9 000 000 m3,
- na początku lat 90-tych wydobywano rocznie ok. 160 tyś. ton soli rocznie.

Robi wrażenie ?? Robi. A jeszcze nie byliście pod ziemią. 

Wszyscy meldujemy się w szybie Daniłowicza - bo tutaj zaczyna się zwiedzanie kopalni trasa turystyczną. Pokonujemy dziesiątki schodów i jesteśmy już pod ziemią. 



Ta trasa to jak się za chwilę okaże nie tylko 3 km krętych korytarzy, 800 schodów i zejście na 135 metrów pod ziemię. To również cudowne podziemne jeziora,  majestatyczne konstrukcje ciesielskie i niesamowite solne rzeźby.



W trakcie zwiedzania z sentymentem wysłuchuję legendę o księżnej Kindze, dzięki której na polskiej ziemi odkryto bogactwo płynące z soli.  Co prawda jest to tylko legenda, ale słucham ją jak zaczarowana - to chyba to moje zamiłowanie do czasów średnich wieków ;)


To właśnie księżnej dedykowana jest najpiękniejsza według mnie komora w kopalni - Kaplica Św. Kingi. Dzieło sztuki - tak chyba można przy użyciu dwóch słów określić to miejsce. Mamy szczęście, bo w kopalni nie ma tłumów, więc spokojnie możemy poprzyglądać się wszystkim detalom. Niestety mój aparat nie ogarnął tematu, więc w kilku miejscach posiłkuję się fotografiami z internetu. 



Koniecznie kliknijcie w link powyżej - Kopalnia umożliwia wirtualne zwiedzanie kaplicy.

Moje wspomnienie z przed wielu lat to głównie spacer korytarzami kopalni. Obecnie w wielu komorach czekają na Was przygotowane niespodzianki - ot choćby spektakle świetlne nad brzegiem jeziora, maping 3D. 

                                                         źródło: http://www.kopalnia.pl

Kopalnia cieszyła się od wieków nieustającym zainteresowanie. Pośród zwiedzających - którzy zostali upamiętnieni w historycznych przekazach są: Fryderyk Chopin, Karol Wojtyła, Józef Piłsudski, Aleksander I, Eliza Orzeszkowa, Dmitrij Mendelejew czy Johan Wolfgang von Goethe. 

Kopalnię Soli zwiedzał też Mikołaj Kopernik w czasach gdy był jeszcze studentem Uniwersytetu Jagielońskiego (1493 r.).  Na tą pamiątkę z okazji 500-lecia jego urodzin, jedna z wielickich komór została nazwana jego imieniem. Hmmm ciekawe czy kiedyś będę tez miała taką swoją komorę ;P


Sławni ludzie to jedna sprawa. Ale każda szanująca się kopalnia ma tez swoje duchy, skrzaty i krasnoludki.


Kończymy zwiedzanie trasy turystycznej pokazem filmu w technice 5 D, który zabiera nas w podróż po historii Kopalni. Chwila przerwy na posiłek w kopalnianej restauracji i pędzimy na wędrówkę Trasą Muzeum Żup Krakowskich.






Dawne urządzenia i sprzęt górniczy, historyczne dokumenty świadczące o początkach istnienia kopalni, współczesne elementy ubioru górników, świetne zdjęcia i najprawdziwsze dzieło Matejki. Szanowni Państwo - naprawdę warto.





Ostatni rzut oka na Wieliczkę, a raczej jej makietę. I kończymy naszą wycieczkę, wyjeżdżając na powierzchnię najprawdziwszą winda górniczą.

Wielkie, przeogromne podziękowania dla naszej Pani przewodnik. Jeżeli chcecie kogoś kto z sercem i pasją oprowadzi Was po tym cudownym miejscu - to polecam właśnie tą Panią. Nie pamiętam kiedy z własnej woli wybrałam się na wycieczkę z przewodnikiem, a tą wyprawę powtórzyłabym jeszcze raz. Dziękuję Pani Joasiu :)




ps. z przydatnych informacji :)
- średni czas zwiedzania to ok. 3 godzin,
- zwiedzanie tylko z przewodnikiem,
- temperatura 14-16 stopni (byłam przekonana, ze będzie zimno, a zaskoczyło mnie, ze jest mi tak ciepło pod ziemią),
- dużo chodzenia i dużo schodów - wygodne buty,
- cześć tras jest przystosowana dla wózków inwalidzkich,
- na trasie są miejsca do odpoczynku, zjedzenia, odświeżenia się (wc),
- pilnujemy swojego przewodnika i nie oddalamy się od grupy ;)




3 lutego 2016

Weekendowy Karkonoski Klasyk - Śnieżka

Ostatni weekend nie zanosił się szumnie, miał być spędzony na totalnym lenistwie w zaciszu domowych pieleszy. Aż tu nagle jeden telefon i całkowita zmiana planów.

Do Karpacza wybraliśmy się dość późnym sobotnim rankiem. Pogoda we Wrocławiu istnie wiosenna. Podobnie w Karpaczu, gdzie tradycyjnie w okolicach Kościółka Wang zostawiamy auto. 

Szybka zmiana ciuszków, przepakowanie plecaków i wchodzimy na szlak. Tradycyjnie idziemy trasą Bronka Czecha w kierunku Samotni. 

Oczywiście pamiętamy, że zimą część szlaków zostaje zamknięta, część zmodyfikowana. Tak też jest i w tym przypadku. Kierując swe kroki ku samotni pamiętajmy, że fragment szlaku niebieskiego od Domku Myśliwskiego jest zamknięty. Warto sprawdzać przed wyjście w góry jak wygląda aktualny stan szlaków i jaka jest prognozowana pogoda. Niezbędne informacje w przypadku Karkonoszy znajdziecie na stronie GOPR albo Karkonoskiego Parku Narodowego

źródło: tu

Im bliżej Samotni tym bardziej oblodzony robi się szlak. My wyciągamy kije trekingowe, dzięki którym jest łatwiej opanować ślizganie się po szlaku. Im wyżej będziemy wchodzić tym coraz bardziej przekonamy się, że zabranie raków to jak zwykle był doskonały pomysł. 
O kijkach napiszę jednak słów kilka. Dla niektórych jest to zbędny gadżet albo syndrom modnej fanaberii. Dla mnie kije trekingowe stały się podstawowym wyposażeniem zabieranym w góry. Dlaczego ? 

Bo podpierając się na kijach odciążamy stawy kolanowe podczas gdy dokonywujemy duże różnice wysokości. Największa ulgę odczuwamy gdy schodzimy ze stoku. Gdy opieramy się na kijach to przenosimy część obciążenia z nóg na nasze ręce. Kolana nie bolą, za to pracują bicepsy, tricepsy, mięśnie grzbietu (tak, tak przy okazji pracuje całe ciałko). Osobiście przez długi czas męczyłam się z dolegliwościami kolana - wejść weszłam, przy zejściu noga się blokowała. Ortopeda podpowiedział - kije trekingowe i od tej pory "pokochałam" je miłością bezwzględną. Z czasem dolegliwości minęły, a kije dalej ze mną podróżują i pomagają w asekuracji w nieciekawych terenach. 


Pamiętajmy żeby dobrać długość kijów do naszego wzrostu. Sam fakt posiadania kijków nie wiele pomoże, jeżeli będą one źle dostosowane do naszych potrzeb. Jak to zrobić ? Gdy trzymamy kij w ręku nasze przedramię i ramię powinny tworzyć kąt prosty. Co oznacza, że w zależności od nachylenia terenu kije skracamy lub wydłużamy. Ponieważ kije składają się najczęściej z trzech segmentów istnieje możliwość ich skracania i wydłużania. Tutaj w zależności od firmy mamy różne rodzaje zastosowanych mechanizmów. Moje kijki mają opcję mechanizmu zaciskowego, który można doregulować jeszcze śrubką. Jest to o tyle fajne rozwiązanie, że można łatwo i szybko regulować kije bez konieczności ściągania rękawic - dość istotne zimą przy minusowych temperaturach.


Przy doborze kijków dobrze zwrócić uwagę na pętlę - pomaga ona odpocząć dłonią i przenosi część obciążenia na nadgarstki. Dobrze jak można ją regulować również bez konieczności ściągania rękawiczek. Fajnym patentem okazuje się zachowanie mechanizmu regulacji w rączce. Która jeżeli tak jak w moich kijkach jest szersza to ułatwiają wsparcie się na kijkach. 


Szacowna autorka tego bloga korzysta w tym sezonie z widocznych na zdjęciu kijków Forclazz 550 Grip Quenchua i jest z nich zadowolona w 100%.

Póki co dochodzimy do Samotni. Lokalizacja tego miejsca nie traci na uroku od wielu, wielu, wielu lat. W schronisku jak zawsze pełno ludzi. Zatrzymujemy się na chwilkę i idziemy dalej aby przerwę śniadaniową spędzić w Strzesze Akademickiej (tak, tak moje najukochańsze Karkonoskie schronisko:D ). 


Chwila przerwy i idziemy w kierunku Śnieżki. Im wyżej tym bardziej ślisko i tym bardziej wieje. Gdy tylko wiatr przewiewa chmury możemy podziwiać co ładniejsze zimowe widoki. Od Równi pod Śnieżką - Karkonoszach jest zimowy "winterland" :D 

Szybko dochodzimy do Domu Śląskiego - tam zostawiamy plecaki i kierujemy się czerwonym szlakiem na szczyt góry. 


Wieje, duje po całości - na szczycie w budynku czeskiej poczty dowiemy się, że w porywach wiatr wieje 120 km/h. 


Krótki odpoczynek, ciepła herbata, kanapka i zaczynamy schodzić bo słońce za chwilę zaczyna zachodzić. Co prawda mamy ze sobą również czołówki, ale ze względu na towarzyszącą nam pogodę, wolimy zachód słońca oglądać spod Schroniska, niż trzymając się łańcuchów na zejściu. Ja i moja jak się okazuje nie duża waga ciała odkrywamy, że przy tym wietrze potrzebuję dużo, dużo siły wewnętrznej, żeby nie zacząć "latać". 


Dom Śląski zaskakuje mnie mega pozytywnie. Dawno nie korzystałam z ich gościnności i opinie w internecie mnie lekko przeraziły (tak najpierw zarezerwowałam miejsce, potem czytałam opinie). A tu niespodzianka - czysto, schludnie, ciepło w pokojach, ciepła woda, poczynione remonty, przepyszne jedzenie i ceny nie powalające z nóg. Jak dla mnie odkrycie sezonu. 


Rano wieje już tylko do 100 km/h. Pojawił się śnieg. Góry nabrały bajkowego uroku. A my posileni wyruszamy z powrotem do zaparkowanego auta, żeby powrócić do domu. 


Co ważne szlaki pokryła spora warstwa śniegu, ale nie sprawiło to, że znajdujący się pod nimi lód stał się nie widzialny. Ba tym bardziej wymaga to rozważnego schodzenia, bo w każdej chwili nogi mogą uciec do góry, a my leżymy tyłkiem na ziemi. 


A tymczasem miłego wyczekiwania weekendu i do zobaczenia na szlaku :)