31 sierpnia 2015

Gdańskie muzealne WOW - czyli niedziela w Europejskim Centrum Solidarności

O muzeach było nie raz i nie dwa. O Gdańsku parę słów tez już napisałam. Więc dzisiaj będzie połączenie tych dwóch tematów. A dokładnie zabiorę Was do Europejskiego Centrum Solidarności w Gdańsku. Na mnie miejsce zrobiło tak wielkie wrażenie, że dzisiaj chyba zdążyłam opowiedzieć o nim wszystkim, których spotkałam na swojej drodze od 7.30 rano - a wiedzcie, że jestem niezłą gadułą, a mimo to spora liczba osób została już zachęcona do odwiedzenia tego miejsca.

Zacznę od tego, że jest to nowe miejsce na mapie Gdańska (bo działa od roku czasu). Jak dla mnie obiekt robi już wrażenie na dzień dobry - potężna, surowa bryła we mnie wyzwoliła tylko ochy i achy. A w środku było tylko lepiej. Duża przestrzeń, sporo światła, pełno zieleni, metal i szkło. REWELACJA !!! (zrozumcie takie zboczenia zawodowe;P zachwyt nad samym miejscem zajął mi z dobry kwadrans). A potem było jeszcze lepiej. 





Bilet do muzeum kosztuje 17 zł. Natomiast w ten weekend Pan w kasie zaskoczył mnie mówiąc 1 zł. Nawet gdyby bilet kosztował 20 zł to i tak było by warto. Skorzystałam tez z opcji wypożyczenia audioprzewodnika ( 5 zł). Bardzo fajna opcja uzupełnienia wiadomości. Nagrania zwięzłe, czytelne, ciekawe. Dotyczą opisu maszyn, zaaranżowanych miejsc. Zwracają uwagę na ciekawe detale, które być może by uciekły w natłoku informacji. Są tez ciekawym wprowadzeniem do każdej z sal. Muzeum to sale od A do F. Każda z nich nawiązuje do konkretnego okresu, albo wydarzenia. 






W sali A została opowiedziana historia narodzin Solidarności i strajków w 1980 r. Bardzo zgrabnie zostały połączone zabytkowe obiekty stoczniowe. Ja najdłużej zatrzymałam się przy instalacji z gazetami zagranicznymi z tamtego okresu. W tej sali, jak i w wielu późniejszych znajdują się również ekrany na których wyświetlane są filmy historyczne z okresu danego dla danej sali.





Sala B - to chyba ta, która zrobiła na mnie największe wrażenie - komunizm, służby bezpieczeństwa, styczeń 70, pierwsza wizyta Papieża, puste kolejki w sklepach. 





Przy tym eksponacie byłam świadkiem rozmowy babci z wnuczkiem:
- A dlaczego ten sklep taki pusty ?? To tak na niby ??
- Babcia w takim sklepie pracowała, i naprawę ludzie stali w kolejkach, a w sklepie nie zawsze było co kupić. 
- To teraz chyba mamy lepiej. A kartami można było płacić ??? (wnuczek lat około 7-8)



Sala przesłuchań nie wyglądała zachęcająco.




Ten pokój to rekonstrukcja pokoju Jacka Kuronia.



Dość egzotycznie czytało się wytłumaczenia na skargi klientów sklepów. Tutaj akurat  rozprawka o serach.

Wrażenie robi tez sala D - w której zwiedzających witają ekrany telewizyjne informujące o wprowadzeniu stanu wojennego i migawki z tych wydarzeń. Kilka kroków dalej wchodzimy wprost do/na otwarty milicyjny samochód (można wejść do środka, wewnątrz wyświetlany jest film), wokół którego znajdują się  tarcze ZOMowców. 






Dalsze sale związane są z kolejnymi przemianami w drodze do wolności. Podobała mi się bardzo sala która nawiązywała do wydarzeń związanych z okrągłym stole. Niewątpliwie plusem każdej z sal jest zastosowanie metody - dotknij, zaglądnij, oglądnij, posłuchaj. Eksponaty nie znajdują się tylko na półkach, są żywym wyposażeniem sal, wręcz zapraszają żeby z nich korzystać. 






Osobiście spodobała mi się wystawa w sali związanej z przemianami w Europie. Pokazano tutaj jak i kiedy poszczególne kraje bloku wschodniego odzyskiwały wolność. Wielki plus za pomysł w przedstawieniu tych procesów. Uwieńczeniem jest ściana na której w biało - czerwonym kolorze układamy sami napis Solidarność. Napis jest tworzony z karteczek, na których zwiedzający mogą napisać swoje refleksje, myśli i zostawić je na ścianie dla innych zwiedzających.






Wystawę kończy sala związana z Janem Pawłem II. Zdecydowanie po spacerze wypełnionym emocjami, ta sala jest miejscem przynoszącym spokój.



Po tym spacerze ECS nie żegna Was tak od razu. W obiekcie znajduje się jeszcze biblioteka, mediateka, miejsce gdzie odbywają się warsztaty, a także coś dla ciała czyli kawiarnia i mały bufet. A na koniec sklepik z pamiątkami.

I tak oto znowu wyjeżdżam zachwycona z krainy nad morskiej - bo odkryłam coś fajnego, nie tylko morze ;)

Ok. spacer z Gdańska do Sopotu i z powrotem brzegiem morza też jest fajny ;D

19 sierpnia 2015

O Gdańsku w wersji rowerowej słów kilka

Wakacje to Ja spędzam albo w górach, albo podróżując po świecie. W tym drugim przypadku wyznacznikiem są zabytki. Morze nigdy nie leżało w sferze moich zainteresowań, a tym bardziej nigdy nie było w kategorii - pojedź tam na wakacje. Morze kojarzy mi się głównie z plażą i leżeniem, leżeniem i nudzeniem się. Nie powiem, odwiedzam miasta nadmorskie, ale plaży nie uraczam. Wyjątki robię tylko dla osób które są mi najbliższe - czyli mej Mamy. 
Z nią i plaża nie nudna. 

Los chciał, ze nad morze wywiało jedną z bliskich mi osób. Wywiało i już tam została. Więc powstał godny powód, żeby zacząć odwiedzać Gdańsk. Ale ile razy można w krótkich odstępach czasu odwiedzać te same zabytki ? Nawet Ja mam czasami przesyt. 

Więc tym razem umożliwiono mi zwiedzanie miasta nie na piechotę, nie SKM-ką. 
A Rowerem. ROWEREM. I Ja się zakochałam i w tym mieście i jego ścieżkach rowerowych.

Proszę Państwa - czapki z głów. Ścieżki rowerowe w tym mieście to raj dla rowerzystów. Ten kto je projektował w mej ocenie powinien dostać owacje na stojąco. Mój Wrocław i jego ścieżki rowerowe powinny spłonąć ze wstydu. 

Fantastycznym rozwiązaniem jest ścieżka rowerowa poprowadzona wzdłuż plaż prowadząca z Gdańska do Sopotu. 


Szeroka, nie kolidująca z droga dla pieszych. Z prawej morze, z lewej las. Przyjemnie, miło. Co chwilę ławeczki, kosze na śmieci (co wbrew pozorom nie zawsze jest takie oczywiste). 

 

Rowerzyści, rolkarze, spacerowicze, turyści idący na plaże. Pełen przekrój społeczeństwa, a Ty człowieku sobie radośnie pedałujesz i jedziesz. Czysta przyjemność. 

Wyjątkowo spodobała mi się marszruta która rozpoczęłam w Gdańsku Brzeźno by dalej odwiedzić Wisłoujście, Westerplatte, potem Stare Miasto by na koniec powrócić na Brzeźno (mapka na samym końcu tekstu umieściłam, jakby ktoś chciał sobie podglądnąć). 


Z Brzeźna jedziemy właśnie tym nadmorskim fragmentem ścieżki, kierując się do Nowego Portu, a dokładnie na prom rzeczny który przewiezie nas i nasz rower w okolice Twierdzy Wisłoujście (koszt promu jedyne 2 zł, czas płynięcia może z 5 minut przyjemności ;P ). 



Schodzimy szybciutko z promu i jedziemy do Twierdzy. Mój pobyt pokrył się akurat z ostatnią fala upałów, więc tym chętniej skręciłam do fortu gdzie przyjemna zieleń i cień miło chłodziły. 




Fort można zwiedzać tylko z przewodnikiem. Jest miejsce gdzie można zostawić rowery. 
Z fortu kierujemy się na Westerplatte. Po drodze mijamy wszelkie tereny przemysłowe, więc nie zastanawiajcie się - gdzie Ja jestem ??


Westerplatte w ostatnich latach nabrało uroku - jeżeli mogę użyć takiego sformułowania. Teren został zagospodarowany, pojawiły się bardzo dobrze opisane tablice z informacjami o obiektach. Część obiektów została zabezpieczona i udostępniona turystom. Pojawiły się również informacje odnoszące do wcześniejszej historii tego miejsca - kiedy to pełniło ono funkcje  kurortu morskiego. Nam głównie kojarzy się to miejsce z bohaterską obroną podczas II Wojny Światowej. A tutaj została również przedstawiona inna historia tego miejsca.





Westerplatte to również przyjemna mała plaża - na która nawet i Ja się na chwilę skusiłam w ramach przerwy w podróżowaniu po okolicy. Doskonałe miejsce na mały piknik i nabranie sił. 



Posilona, wypoczęta, zbieram swoje zabawki i jadę do kolejnej historycznej części miasta - czyli w kierunku Długiego Targu. 

Docieram na miejsce a tam szaleństwo - stragany, muzyka, tłumy ludzi, diabelskie młyny - no tak Jarmark Św. Dominika. Jakoś nie połączyłam wątków. No i się tam zagubiłam ;) Miałam przespacerować się kilkoma uliczkami - odwiedziłam prawie wszystkie ;) 







W nagrodę oczywiście wizyta w  Fajnych Babach - kultowym jak dla mnie miejscu z muffinami. Jak tam jestem to muszę to miejsce odwiedzić - nie ma zlituj się ;D

Posilona, napojona, jak się potem okaże mega opalona, uboższa o parę złotych (ale te rzeczy na jarmarku takie piękne, że och i ach) wracam do Brzeźna. Trasa dalej równie urokliwa. Nie ma miejsc kolizyjnych z pieszymi albo autami. Doskonale pomyślana trasa. I tak sobie jadąc myślałam - żeby u mnie też tak było :))



Ppamiętajcie, że jak będziecie się wybierać rowerem do Sopotu - to przed deptakiem przy molo zejdźcie z roweru i poprowadźcie go. Podobnie uczyńcie spacerując po Monciaku. W okresie wakacyjnym jest tam zakaz jazdy na rowerze , a jego złamanie skutkuje mandatem - moi Gdańszczanie twierdzą, że ta wątpliwa przyjemność kosztuje podobno 500 zł - grrrrr.... ;) 

Bogatsza o tą wiedzę - podążyłam do Sopotu :) Tam ludzi również jak "mowków", ale tym razem miało to swój urok. To chyba wynik zakochania się w Gdańsku w wersji rowerowej ;)





















I nawet Ja dałam się namówić na godzinny "plażing" - oczywiście tylko w towarzystwie książki o chłodnych przygodach ;) 




a więc do Trójmiasta, na rowery :) Ja tam na pewno niedługo wrócę :D