14 grudnia 2018

Krakowski Festiwal Górski - wspomnienie edycji 2018

To już chyba jest taka tradycja, że koniec roku i podsumowanie "górskich" dokonań odbywa się w grudniu w Krakowie w ramach Krakowskiego Festiwalu Górskiego. W tym roku była  to 16 edycja tego już kultowego wydarzenia. 


                                                                                                          fot. materiały prasowe KFG


Ciężko jest zaskoczyć czymś nowym uczestników festiwalu. Szczególnie gdy jesień obfituje wręcz w podobne wydarzenia, a średnio raz w tygodniu w dużym mieście można się wybrać do kina na "górski" film albo prelekcję. A jednak. Od wielu lat organizatorom KFG ten wyczyn się udaje. Podobnie było w tym roku. 

"Must see" moich wyborów w tym roku było hasło: górskie biegi. Organizatorzy zaprosili dwóch naszych najlepszych biegaczy: Piotra Herzoga i Marcina Świerca. Obydwaj dokonali w tym roku fenomenalnych wyczynów. 

Piotr Herzog brał udział w tegorocznym Moab Endurance Run - wyścigu trailowym rozgrywanym na dystansie 240 mil (386 km). Brał udział to mało powiedziane, on je wygrał. I to jeszcze w jakim stylu !!!! Na metę przybiegł w czasie 60 godzin 14 min 47 sek. 

                                                                                                     fot. materiały prasowe KFG

Z przyjemnością słuchałam prelekcji Marcina Świerca, który w sierpniu tego roku spełnił swoje marzenie i wygrywał jeden z biegów słynnego Ultra Trail du Mont Blanc. Był najszybszy na 124 km trasie TDS® (Sur les Traces des Ducs de Savoie). Na mecie stanął po 13 godz. i 24 min morderczego biegu. Słuchając jego opowieści chyba uwierzyłam, że jak będę nadal wytrwale trenować, to nie umrę na trasie przyszłorocznego Rzeźnika ;) 

                                                                                                                  fot. M.Cendrowicz

Perełką zamykającą biegowe atrakcje była prelekcja filmu "Run Camino". Świetny film o emocjach, pokonywaniu barier i byciu sobą. 835 km w 17 dni, tyle czasu potrzebowali Robert Celiński i Adrian Dmoch, by przebyć trasę północnym szklakiem św. Jakuba. Robert biegł, a Adrian robił materiał filmowy i fotograficzny z tej wyprawy. Czy jest to wyczyn ? Ano jest!!  Mi przejście tego szlaku zajęło zdecydowanie więcej czasu ;) 


Na pewno warte spędzonego czasu na głównej sali festiwalowej były dwa spotkania z zagranicznymi gwiazdami wielkiego formatu. Jerry Moffatt - gwiazda i ikona wspinaczki skalnej oraz Dani Arnold - alpinista słynący z odważnych i bardzo szybkich przejść solowych. 
                                                                                                         fot. materiały prasowe KFG

Słuchając opowieści Daniego Arnolda o jego ekspresowych przejściach chociażby północnej ściany Eigeru w czasie 2 godz. i 28 min myślisz sobie : "Facet niczego się nie boi". 
A potem słyszysz z ust gwiazdy takie słowa: "Kiedy patrzysz na górę i w konkretnym momencie nie jesteś pewien w 100%, coś ci podpowiada, żeby tego nie robić to znaczy, że to nie ten czas. Nie wstydź się tego bo zawsze możesz tu wrócić...". 
Robi wrażenie. 

Tematem K2 żyła cała w tym roku cała Polska. I wydawać by się mogło, że wszystko zostało już w tej kwestii opowiedziane. A jednak... ;)  Z przyjemnością słuchałam po raz kolejny prelekcji Adama Bieleckiego. I dawno się tak nie ubawiłam na prelekcji jak na spotkaniu z teamem Bargielów, który opowiadał o narciarskim wyczynie Andrzeja Bargiela na K2. 

Krakowski Festiwal Górski to też filmy. Wybór spory. Tytuły bardziej i mniej znane. W tym roku z racji 5 dni festiwalowych, część filmów była wyświetlana już od środy w krakowskich kinach. I niestety brak czasu uniemożliwił mi oglądnięcie wszystkich tytułów.   

Nagrodę Best Mountaineering Film / Najlepszy Film Górski zdobył film Mountain” (reż. Jennifer Peedom). W kategorii Polski Konkurs Filmowy I nagrodę otrzymał film "Dreamland. Film dokumentalny o Macieju Berbece"

fot. materiały prasowe KFG

Z filmów biorących udział w Międzynarodowym Konkursie Filmowym, które udało mi się zobaczyć z przyjemnością wręcz oglądałam obraz o Adamie Ondra ("Age of Ondra", reż. Peter Mortimer i Josh Lowell). Nie będę ukrywać, że w niezłe zdziwienie wprawiały mnie fragmenty w których wręcz z dziką determinacją wykonywał swój trening na dywanie ;)

Drugim tytułem, który oglądałam z nieukrywaną przyjemnością był "Zabardast" , którego reżyserem jest Jérôme Tanon. Bohaterami filmu są freeriderzy, którzy eksplorują góry w poszukiwaniu najpiękniejszych linii zjazdowych na naszej planecie. A ten film jest opowieścią ich 5 tygodniowej wyprawy do Pakistanu.  To był ten film gdzie pomyślałam: Ok , jestem w stanie sobie wyobrazić, że wchodzę na szczyt tej góry. Ale w żaden, nawet magiczny sposób nie jestem sobie w stanie wyobrazić, że zjeżdżam ze szczytu tak jak robią to Ci kolesie. Szacun Panowie :D 

Żałuję, że prelekcja Weroniki Łukaszewskiej i Sławomira Sanockiego nie odbywała się również  na dużej sali. Ci którzy zdecydowali się zaglądnąć do mniejszej sali    nr 8 mogli posłuchać opowieści o tym jak w rakietach śnieżnych, w głębokim śniegu Weronika i Sławek pokonali w ciągu 89 dni 2200 km, aby zostać pierwszymi którzy dokonali zimowego przejścia Łuku Karpat.   

fot. Izabela Lewandowska

Nie sposób nie wspomnieć o spotkaniu z Bernadette McDonald, która z uśmiechem na twarzy opowiadała o sobie, swoich książkowych bohaterach, ostatnich książkach i planach na nowe (nowa książka się pisze i jak powiedziała Bernadette jest ona ona też o górskiej tematyce ;P ) Aż dziwne, że tak mało osób pojawiło się na piątkowym spotkaniu. 

for. M.Cendrowicz

Czas minie nieubłaganie szybko. Na KFG zjeżdża się z roku na rok coraz większa liczba uczestników. Więc chwilami ciężko podzielić czas pomiędzy filmy, prelekcje, warsztaty, spotkania ze znajomymi z górskiego światka, zakupy na festiwalowym kiermaszu czy rozmowy ze specjalistami na temat przyszłorocznych planów podróżniczo-górskich.

for. M.Cendrowicz

                                                                                                                    for. M.Cendrowicz

Nic nie trwa wiecznie. Ale na szczęście widzimy się znowu za rok :) 

29 października 2018

W stronę Maroka - Jebel Toubkal i fascynujący Atlas

Maroko – kraj, który od wielu lat rozpala ciekawość mieszkańców Europy. Pierwsze skojarzenia to najczęściej gwarny Marrakesz, gorące piaski Sahary, skaliste plaże oceanu i wysokie, ośnieżone szczyty Atlasu Wysokiego.
Jebel Toubkal (4163 m n.p.m.) to najwyższy szczyt nie tylko całego pasma Atlasu Wysokiego, ale również całej Afryki Północnej. Ma dwa wierzchołki – wschodni (główny, wyższy) i zachodni (niższy, który ma 4030 m  n.p.m.). Obydwa wierzchołki dzieli przełęcz Tizi’n’Toubkal. Jednak to ten wyższy jest głównym celem wszystkich wypraw.
Cała trasa, według wszelkich zebranych informacji, liczy ok. 14 kilometrów i ok. 2400 metrów przewyższenia. Na cały trekking należy poświęcić minimum 3 dni. Pierwszego dnia trzeba dotrzeć do Imlil, gdzie załatwimy wszystkie mniej i bardziej ważne sprawy, drugiego dnia pokonujemy 11 km ponad 1400 metrów przewyższenia i dochodzimy do schroniska na wysokości ok. 3200 m n.p.m. Następnego dnia zdobywamy szczyt – pokonując odcinek liczący ok. 3 kilometrów i około 960 metrów przewyższenia. To chyba najkrótszy opis wyprawy na Jebel Toubkal. Ale po kolei…
Jak już wylądujemy w Marrakeszu, potrzebujemy w jakiś przystępny sposób dostać się do „marokańskiego Zakopanego”. czyli miejscowości Imlil. Bo to tutaj swój początek ma szlak na Jebel Toubkal. Najbardziej charakterystycznym środkiem transportu jest autobus albo Grand Taxi. Kwestia ceny jest umowna. Polecam odrzucić pierwszych kilka propozycji i uparcie trwać przy opcji, że 350 dirhamów (spod lotniska do Imlil ) to jest dobra cena. Jeżeli uda się Wam znaleźć kompanów do tej podróży, cena na osobę oczywiście spada.
W Imlil jest wszystko – dosłownie. Tutaj można wypożyczyć sprzęt (różnej jakości), wynająć przewodnika i muła (niestety cen nie znam, bo nie korzystaliśmy z ich usług), zrobić mniej lub bardziej drobne zakupy, a przede wszystkim przenocować pierwszą noc, żeby nabrać aklimatyzacji. Miejscowość znajduje się na wysokości 1670 m n.p.m. Dlatego jeżeli przybyliście rano, polecam w ramach aklimatyzacji wybrać się na trek na jedną z okolicznych przełęczy – my skierowaliśmy swoje kroki na Tizi’n’Tamatert (ale o tym już przeczytacie w osobnym wpisie).
Następnego dnia, po dość sytym śniadaniu, opuszczamy nasz nocleg i kierujemy się na szlak. Po niecałej godzinie docieramy do miejscowości Aroumd (1945 m n.p.m.), urokliwej, przylepionej do zbocza wzgórza, w której można dokupić brakujące produkty spożywcze lub zakupić ręcznie tkany, marokański dywan (tak, kilkakrotnie namawiano mnie na ten zakup).

Po opuszczeniu miejscowości przekraczamy po raz kolejny koryto wyschniętej rzeki, gdzie następuje dłuższa foto sesja, bo widoki już zaczynają zapierać dech w piersiach. Ale tak naprawdę rzeka ta towarzyszyć nam będzie całą trasę aż do schroniska. I będziemy ją przekraczać kilka razy. W tym dwa razy pierwszego dnia, a także na samym początku dnia następnego zaraz po wyjściu ze schroniska.
Zaraz za Aroumd przekraczamy koryto po raz pierwszy. Mimo że jest ono płaskie, to jest kamienistą pustynią. A że słońce zaczyna dawać czadu, to chwilami idzie się ciężko, przez wielkie kamienie. Jednakże jest to ostatni płaski, prosty odcinek na tym szlaku. Po jego przekroczeniu zaczyna się już „pod górkę”.

Sam szlak nie jest jednak zbytnio wymagający. Wiedzie on miejscami po stromej, kamienistej ścieżce. Natomiast nie uraczymy tutaj eksponowanych miejsc, które będą nastręczać kłopotów i zawrotów głowy. Ścieżka wznosi się stopniowo ku górze, przez jałowe, surowe, pokryte kamieniami zbocza. Im wyżej, tym jest ona coraz węższa, jednakże cały czas dość widoczna. I nie sposób jej zgubić.

Kolejna godzina treku i przekraczamy granicę Parku Narodowego Toubkal – o czym informuje mijana tablica informacyjna. Idąc dalej, dochodzimy do kolejnej wioseczki (chociaż ja bym to nazwała, i tak na wyrost, osadą) – Sidi Chambarouch. Tutaj znajduje się biały kamień Sidi Chambarouch, do którego pielgrzymują miejscowi, szukając uzdrowienia.  Osada położona jest na wysokości ok. 2300–2400 m n.p.m. I spokojnie można powiedzieć, że znajduje się w połowie drogi do schroniska.


To miejsce wybiera na postój i posiłek większość grup idących z przewodnikiem. Ponieważ  my jesteśmy zależni sami od siebie, a nasz obiad zjedliśmy chwilę wcześniej, więc idziemy dalej.



Szlak zaczyna się piąć w górę, wzdłuż głębokiej doliny. Najpierw łagodnie skręca na zachód, potem na południe, omijając ogromny masyw Jebel Toubkal. Około 300 metrów przed schroniskiem zaczyna się śnieg, na szczęście o tej porze dnia jest dość mokry i nie potrzeba nakładać raków.

I tak docieramy na  wysokość 3200 m n.p.m. Tutaj znajdują się dwa schroniska. Jedno prowadzone przez Club Alpin Francais i drugie większe, prywatne. Jest też możliwość rozbicia namiotu. W szczycie sezonu warto wcześniej zarezerwować sobie miejsce.
My zostajemy w schronisku prowadzonym przez Francuski Klub Alpejski (opinie o jakości tego schroniska są zdecydowanie lepsze). Szybko docierają kolejni jego mieszkańcy, którzy zapełniają  pokoje. A my robimy szybkie rozeznanie, jak wygląda początek szlaku, którym będziemy szli rano, gdy jeszcze będzie ciemno. Wieczorem na stole ląduje waza zupy, półmisek ze spaghetti i kurczak, do tego sos, a na deser herbata i owoce. O 22 wszyscy domownicy szykują się spać.
Rano pobudka przed 6. Wszyscy czują się dobrze, nikogo nie boli głowa, możemy więc wyruszać. Droga na szczyt ma niewiele ponad 2 km. Trudność jest w przewyższeniu. Musimy pokonać blisko 1000 metrów różnicy przewyższeń. A to wiąże się z dość sporym wysiłkiem fizycznym. Początek podejścia jest stromy i o tej porze roku pokryty zlodowaciałym śniegiem. Raki są więc niezbędne.



Gdy zbliżamy się do przełęczy Tizi’n’Tounbkal (ok. 3950 m n.p.m.), możemy ściągnąć raki, bo tutaj kończy się granica śniegu. Skręcamy w lewo bezpośrednio już na grań przedszczytową. Dalsze podejście jest dość przyjemne, jedynym minusem są obsypujące się kamienie.



Wierzchołek Toubkala znajduje się na wysokości 4167 m n.p.m. i jest kamienistą platformą, na której znajduje się charakterystyczna metalowa konstrukcja, która jest punktem triangulacyjnym.


Mamy szczęście, na szczycie praktycznie ledwo wyczuwalny wiatr, słońce i przyjemna temperatura w okolicy plus 2 stopni. Z najwyższego szczytu Afryki Północnej rozciąga się zapierający dech w piersiach widok. Widać masyw Antyatlasu, równiny subsaharyjskiej, ośnieżone szczyty Atlasu Wysokiego i góry Ibel Saghro. Wszystko mieni się wieloma odcieniami czerwieni.



Ponieważ pogoda dopisuje, spędzamy na szczycie prawie godzinę – pochłaniając wręcz zachwycające widoki. Wszystko, co dobre, jednak musi się kończyć, więc i my zbieramy się do zejścia. Całą trasę pokonuje się już zdecydowanie szybciej. Jedynie należy uważać na obsuwające się kamienie, żeby się nie poślizgnąć.



Nam po drodze przypada jeszcze akcja ratownicza – spotykamy młodego Holendra z dość silnymi objawami choroby wysokościowej, któremu pomagamy zejść do schroniska. Tutaj żegnamy się z naszym nowym znajomym, który schodzi niżej do wioski, a My zostajemy jeszcze w schronisku, żeby następnego dnia iść na dalszy trekking.
Następnego dnia schronisko znowu budzi się o 5 rano. My, ponieważ nie zdobywamy już tysięczników, śpimy chwilę dłużej. Schronisko opuszczamy po 7 rano. Jest dość chłodno, więc wychodzimy ubrani w ciepłe ubrania. Temperatura zmienia się tutaj gwałtownie, dlatego gdy tylko pół godziny później słońce jest wyżej, ściągamy wszystkie ciepłe ubrania, pamiętając, żeby osłonić się przed gorącym słońcem, które co raz bardziej daje znać o swojej obecności. 
           

Ponieważ nigdzie nam się nie śpieszy - tym razem postoje są ciutkę dłuższe ;) 


ps. tekst napisany przez mą skromną osobę, pierwotnie opublikowany był na blogu www.outdoorzy.pl

25 października 2018

Krakowski Festiwal Górski 2018 nadchodzi ...


Jak co roku w grudniu, w Krakowie odbywać się będzie filmowe święto dla fanów górskiego szaleństwa. Powoli pojawiają się pierwsze informację. 

I wygląda na to, że będzie co oglądać ;)  


Filmy Krakowskiego Festiwalu Górskiego 2018

Przedstawiamy filmy biorące udział w Międzynarodowym Konkursie Filmowym rozgrywanym podczas 16. Krakowskiego Festiwalu Górskiego. Lista zostanie jeszcze uzupełniona o kilka pozycji, w tym o tegoroczny megahit wspinaczkowy, którego tytułu na razie nie zdradzamy! Jego pokaz odbędzie się w środę 28 listopada w Kinie Kijów.


Lista znanych już pozycji przedstawia się  imponująco i zróżnicowanie. W Krakowie obejrzymy bowiem filmy przedstawiające mistrzów wielu wspinaczkowych światów: wspinaczki skalnej, alpinizmu, himalaizmu, biegania i alpinizmu jaskiniowego. Choć tradycyjnie na KFG przeważać będzie tematyka alpinistyczna, każdy pasjonat górskich przygód znajdzie wśród festiwalowych propozycji coś dla siebie. Warto również zaznaczyć, że poziom filmów górskich z roku na rok wzrasta, a kunszt, z jakim realizowane są niektóre z nich, sprawia, że są to obrazy interesujące również dla miłośników kina w ogóle.

Górsko

Wśród filmów o tematyce górskiej, alpinistycznej czy himalaistycznej z pewnością warto wymienić dwa obrazy w reż. Reinholda Messnera, opowiadające o wydarzeniach sprzed 40 lat – Der letzte Schritt / Last Step oraz The Holy Mountain, a także przepiękny i inspirujący film Mountain Jennifer Preedom, niesamowitą przygodę alpinistów eksplorujących odległe górskie ściany Antarktydy – Queen Maud Land, oraz kameralny, może nawet intymny Notes from the Wall reżyserii trójki słynnych Belgów: Siebe Vanhee, Nicolasa Favresse i Seana Villanuevy O’Driscolla.

 



Skalnie

Bohaterów filmów Age of Ondra czy Dawn Wall chyba nikomu nie trzeba bliżej przedstawiać. Te świetnie zrealizowane produkcje wprowadzają widza w świat wspinaczki na najwyższym poziomie. Warto również poznać pełną zwrotów akcji historię wspinaczki na Madagaskarze – opowiada o niej film Blood Moon. Serię filmów dotyczących wspinaczki skalnej dopełnia czeski From a hammer to a drill, w którym poznajemy intrygującą postać Petra Špeka Slaniny – słynnego w Czechach „profesora” wspinaczki klasycznej w piaskowcu


Śnieżnie

Niezależnie od pogody, jaka towarzyszyć będzie nam w dniach 28 listopada – 2 grudnia w Krakowie, widzowie będą mieli okazję „zatopić się” w puchu za sprawą pięknie zrealizowanego filmu Zabardast. Słynny reżyser Jerome Tanon śledzi przygody grupy freeriderów, którzy odwiedzają Karakorum w poszukiwaniu najpiękniejszych linii zjazdowych na świecie.

Pod ziemią i na powierzchni

Niesamowite losy wypraw w góry Picos de Europa poznamy za sprawą The Ario Dream.  Film przedstawia eksplorację jednego z najgłębszych systemów jaskiń na świecie. Z kolei na powierzchni naszej pięknej planety spotkamy kobiety, które biegają. O ich pasji opowiadają Duality oraz Free Flow. W drugim z filmów poznamy Hazel Findlay, która nie tylko biega w górach, ale również, a może przede wszystkim, wspina się bez asekuracji.


Więcej szczegółowych informacji, a także trailery filmów biorących udział w krakowskim Międzynarodowym Konkursie Filmowym znajdziecie na stronie festiwalu: www.kfg.pl  

źródło: materiały  prasowe KFG

12 kwietnia 2018

Perłowy szlak nad rzeką Kwisą

Zawsze mnie zastanawia dlaczego niektóre miejscowości mają tak wiele cudownych miejsc do zaoferowania, a uparcie trzymają się tylko pojedynczych haseł. 

Do Leśnej przyjeżdżam od wielu lat. Mam tam wspaniałych przyjaciół. Ale do niedawna Leśna kojarzyła mi się głównie z Zamkiem Czocha. Czyli standardową atrakcją turystyczną tego terenu. Nigdzie do tej pory nie przeczytałam o Perłowym Szlaku nad rzeką Kwisą. A szlak ten swój początek ma praktycznie parę kroków od leśniańskiego rynku.

Ale od początku. W rzece Kwisie w dawnych czasach żyły skójki perłorodne. Dzięki nim w XVII i XVIII w. można rzec, tutejsze perły były bardzo pożądane. Ich wydobycie stało się jdnak na tyle powszechne, że w XIX wieku zaczęły znikać. Na nic zdały się próby przywrócenia populacji. Wiek XX okazał się dla nich zabójczy. No dobrze - przyczyniło się też do tego zanieczyszczenie środowiska i wody. 

Szlak rozpoczyna się prawie w centrum miejscowości, przy moście, zaraz obok starego transformatora. Znajduje się tutaj tablica informacyjna, za która powinniśmy skręcić. 

Niech Was nie zwiedzie stojące zamieszkały budynek i wrażenie, że wchodzimy na czyjąś posesję. Tak rozpoczyna się szlak ;) 

Szlak jest oznakowany żółtym kolorem i według oficjalnych informacji ma niecałe 2 km długości. 



Rozpoczynamy spacer malowniczą ścieżką pośród dębów i buków. Z prawej strony widać urocze, stare zabudowania miasteczka. 



Gdy wejdziemy głębiej w las, po paru minutach ukazują się zabudowania fabryki. Od Łukasza dowiaduję się, że to budynki Odlewni Metali "Baworowo" S.A. , które w czasach II wojny światowej służyły Niemcom do produkcji broni, w tym części do V1 i V2. 

Praktycznie po drugiej stronie ścieżki, którą idziemy znajdują się tajemnicze można by rzec rowy. Tajemnicze bo przypominają okopy, ale tak naprawdę w pierwszej chwili nie wiadomo czy to co się nam wydaje, jest tym czym jest. Brak tablic informacyjnych niestety nie pomaga ;) Po powrocie do domu wyszukujemy w internecie dokładniejsze informacje. 

               

Tajemnicze rowy to okopy Pandurów, serbskich i chorwacki najemników w służbie Habsurgów. Walczyli oni tutaj w czasie wojny siedmioletniej w 1758 r. z wojskami pruskimi. 

Okopy mają 250 m długości, a na ich końcu znajduje się kolejne ciekawe miejsce. Jest nim wejście do sztolni. Jak się okazuje, sztolnie zostały wykopane przez więźniów Arbeitslager Hartmannsdorf (filii obozu koncentracyjnego Gross-Rosen). 


Wejście do sztolni jest zabezpieczone kratami. I gdyby nie znajomość okolicy moich przyjaciół to pewnie przegapiłabym to miejsce, bo nie ma żadnej informacji na szlaku, ze warto odbić na chwilę w lewo.

Spacerując dalej dochodzimy do przełomu rzeki Kwisy. Malownicze skały, spokojnie płynąca rzeka, pierwsze pąki na drzewach. Stoimy z Kasią jak zaczarowane. Czuć wiosnę. Jest magia.


Po drodze mijamy małe źródełko wypływające pośród skał. Doskonałym miejsce na przystanek jest Marien Feld (?). Nazwa tego miejsca została wykuta dużymi literami w skale. Obok znajduje się tez mniejsza tablica, niestety współczesna sztuka "bazgrołów" skutecznie zasłoniła to co zostało na niej wykute.  



Stojąc w tym miejscu podnieście głowę do góry. Na szczycie góry znajduje się punkt widokowym który nazywany jest Orlą Skałą (można do niego dotrzeć ścieżką położoną powyżej). 

W tym roku w okolicy chyba zapanowały bobry. Trafiamy na prawdziwy plac budowy stworzony przez te zwierzaki, które dokonały niezłego spustoszenia ;)




Idą dalej trafiamy na kolejne miejsce z wykutą nazwą w skale -  Konig's Platz 1866. Niestety podobnie jak w przypadku Marien Feld nic więcej na ten temat nie wiadomo. 



Można natomiast przysiąść na kamiennych ławeczkach i spoglądnąć na przeciwległy brzeg, gdzie jeszcze w latach 70-tych stał budynek młyna i gospody, a wcześniej szlifiernia pereł. 


Powoli dochodzimy do budynku zapory. Stad już niedaleko do najstarszej w Polsce elektrowni wodnej. Ale My przechodzimy przez most i kierujemy się do "Zielonego Pieca" . Miejsca, którego nie można nie odwiedzić będąc w Leśniańskich okolicach.

Tablica na początku szlaku "twierdzi", ze przejście szlaku zajmie 30 minut. Tylko szkoda tak pędzić po tym uroczym miejscu. Nam trasa zajęła zdecydowanie więcej czasu, ale z radością snuliśmy się i delektowaliśmy pierwszymi ciepłymi promieniami słońca. Fajnie tak przystanąć i słuchać śpiewu ptaków, albo powspinać się na okoliczne skałki. 




Dlatego jak traficie do Leśnej, skorzystajcie z uroków jej przyrody. To miejsce to nie tylko Zamek Czocha. Szlak sprawdza się i na popołudniowe spacery z rodziną, dziećmi, ale i na szybkie sportowe przebieżki. 

Jedynie szkoda, że jest tak słabo opisany i oznakowany. Bo wiele wyjątkowych miejsc na trasie umyka. I gdyby nie Kasia i Łukasz, kilka rzeczy umknęło by mojej uwadze.