12 kwietnia 2018

Perłowy szlak nad rzeką Kwisą

Zawsze mnie zastanawia dlaczego niektóre miejscowości mają tak wiele cudownych miejsc do zaoferowania, a uparcie trzymają się tylko pojedynczych haseł. 

Do Leśnej przyjeżdżam od wielu lat. Mam tam wspaniałych przyjaciół. Ale do niedawna Leśna kojarzyła mi się głównie z Zamkiem Czocha. Czyli standardową atrakcją turystyczną tego terenu. Nigdzie do tej pory nie przeczytałam o Perłowym Szlaku nad rzeką Kwisą. A szlak ten swój początek ma praktycznie parę kroków od leśniańskiego rynku.

Ale od początku. W rzece Kwisie w dawnych czasach żyły skójki perłorodne. Dzięki nim w XVII i XVIII w. można rzec, tutejsze perły były bardzo pożądane. Ich wydobycie stało się jdnak na tyle powszechne, że w XIX wieku zaczęły znikać. Na nic zdały się próby przywrócenia populacji. Wiek XX okazał się dla nich zabójczy. No dobrze - przyczyniło się też do tego zanieczyszczenie środowiska i wody. 

Szlak rozpoczyna się prawie w centrum miejscowości, przy moście, zaraz obok starego transformatora. Znajduje się tutaj tablica informacyjna, za która powinniśmy skręcić. 

Niech Was nie zwiedzie stojące zamieszkały budynek i wrażenie, że wchodzimy na czyjąś posesję. Tak rozpoczyna się szlak ;) 

Szlak jest oznakowany żółtym kolorem i według oficjalnych informacji ma niecałe 2 km długości. 



Rozpoczynamy spacer malowniczą ścieżką pośród dębów i buków. Z prawej strony widać urocze, stare zabudowania miasteczka. 



Gdy wejdziemy głębiej w las, po paru minutach ukazują się zabudowania fabryki. Od Łukasza dowiaduję się, że to budynki Odlewni Metali "Baworowo" S.A. , które w czasach II wojny światowej służyły Niemcom do produkcji broni, w tym części do V1 i V2. 

Praktycznie po drugiej stronie ścieżki, którą idziemy znajdują się tajemnicze można by rzec rowy. Tajemnicze bo przypominają okopy, ale tak naprawdę w pierwszej chwili nie wiadomo czy to co się nam wydaje, jest tym czym jest. Brak tablic informacyjnych niestety nie pomaga ;) Po powrocie do domu wyszukujemy w internecie dokładniejsze informacje. 

               

Tajemnicze rowy to okopy Pandurów, serbskich i chorwacki najemników w służbie Habsurgów. Walczyli oni tutaj w czasie wojny siedmioletniej w 1758 r. z wojskami pruskimi. 

Okopy mają 250 m długości, a na ich końcu znajduje się kolejne ciekawe miejsce. Jest nim wejście do sztolni. Jak się okazuje, sztolnie zostały wykopane przez więźniów Arbeitslager Hartmannsdorf (filii obozu koncentracyjnego Gross-Rosen). 


Wejście do sztolni jest zabezpieczone kratami. I gdyby nie znajomość okolicy moich przyjaciół to pewnie przegapiłabym to miejsce, bo nie ma żadnej informacji na szlaku, ze warto odbić na chwilę w lewo.

Spacerując dalej dochodzimy do przełomu rzeki Kwisy. Malownicze skały, spokojnie płynąca rzeka, pierwsze pąki na drzewach. Stoimy z Kasią jak zaczarowane. Czuć wiosnę. Jest magia.


Po drodze mijamy małe źródełko wypływające pośród skał. Doskonałym miejsce na przystanek jest Marien Feld (?). Nazwa tego miejsca została wykuta dużymi literami w skale. Obok znajduje się tez mniejsza tablica, niestety współczesna sztuka "bazgrołów" skutecznie zasłoniła to co zostało na niej wykute.  



Stojąc w tym miejscu podnieście głowę do góry. Na szczycie góry znajduje się punkt widokowym który nazywany jest Orlą Skałą (można do niego dotrzeć ścieżką położoną powyżej). 

W tym roku w okolicy chyba zapanowały bobry. Trafiamy na prawdziwy plac budowy stworzony przez te zwierzaki, które dokonały niezłego spustoszenia ;)




Idą dalej trafiamy na kolejne miejsce z wykutą nazwą w skale -  Konig's Platz 1866. Niestety podobnie jak w przypadku Marien Feld nic więcej na ten temat nie wiadomo. 



Można natomiast przysiąść na kamiennych ławeczkach i spoglądnąć na przeciwległy brzeg, gdzie jeszcze w latach 70-tych stał budynek młyna i gospody, a wcześniej szlifiernia pereł. 


Powoli dochodzimy do budynku zapory. Stad już niedaleko do najstarszej w Polsce elektrowni wodnej. Ale My przechodzimy przez most i kierujemy się do "Zielonego Pieca" . Miejsca, którego nie można nie odwiedzić będąc w Leśniańskich okolicach.

Tablica na początku szlaku "twierdzi", ze przejście szlaku zajmie 30 minut. Tylko szkoda tak pędzić po tym uroczym miejscu. Nam trasa zajęła zdecydowanie więcej czasu, ale z radością snuliśmy się i delektowaliśmy pierwszymi ciepłymi promieniami słońca. Fajnie tak przystanąć i słuchać śpiewu ptaków, albo powspinać się na okoliczne skałki. 




Dlatego jak traficie do Leśnej, skorzystajcie z uroków jej przyrody. To miejsce to nie tylko Zamek Czocha. Szlak sprawdza się i na popołudniowe spacery z rodziną, dziećmi, ale i na szybkie sportowe przebieżki. 

Jedynie szkoda, że jest tak słabo opisany i oznakowany. Bo wiele wyjątkowych miejsc na trasie umyka. I gdyby nie Kasia i Łukasz, kilka rzeczy umknęło by mojej uwadze. 


9 lutego 2018

Trójmorski Wierch czyli Masyw Śnieżnika bez klasyków

Ile razy byłam na Śnieżniku, to już brakuje rachunków. Dlatego tym razem decydujemy się na jeden z mniej chyba znanych, a równie uroczy szczyt - Trójmorski Wierch.  Jak to u nas najczęściej bywa pomysł na wyjazd pojawia się w piątek, a dopracowanie miejsca (burza pomysłów) następuje już późną nocą. W przypadku tego wyjazdu sytuacja wygląda podobnie ;)
Ustalamy, że jedziemy na Jodłów, przeliczamy czas wejścia i zejścia i ustalamy czas wyjazdu na 7 rano z Wrocławia.

Wyjazd zgodnie zgodnie z planem i jedziemy do Jodłowa. Auto zostawiamy na parkingu przy szlaku. Parking jest ładnie utwardzony i ogrodzony. Znajduję się tutaj też drewniana chata - zdecydowanie tak powinno być wszędzie.


Rozpoczynamy niebieskim szlakiem w kierunku Czarnego Rowu ( 1054 m n.p.m). Gdzie odbijamy na żółty szlak w kierunku Przełęczy Puchacz ( 1105 m n.p.m).



Przełęcz swoją nazwę zyskała dzięki wzniesieniu Puchacz, które góruje nad jej południową stroną. Na przełęczy znajduje się dość spora drewniana chata w której robimy przerwę na kanapki i herbatę. 

Co prawda wiatr zaczyna lekko dawać znać o sobie z ciekawości zostajemy tu chwilę dłużej, żeby zaznajomić z informacjami znajdującymi się na bardzo profesjonalnie zrobionej tablicy informatycznej.

Tutaj pojawiają się tez pierwsi turyści. Od strony czeskiej wręcz autostrada turystów na biegówkach. Zawsze jestem zafascynowana miłością Czechów do tego sportu.


Z przełęczy można iść dalej zielonym szlakiem do Schroniska pod Śnieżnik (zaciągnięty pojedynczy szlak świadczy, że ktoś już tego dnia pokonał ten szlak), czerwonym na Śnieżnik albo żółtym do Międzygórza.


My odbijamy w kierunku Trójmorskiego Wierchu. Przed nami przeszła jedna osoba, śnieg nasypał po kolana, więc nie zostaje nam nic innego jak przetorować sobie drogę. 

Im wyżej tym mocniej wieje. Troszkę się namęczyliśmy, bo co jakiś czas nogi się zapadały w śniegu. Tym razem rakiety wcale nie byłyby zbędnym pakunkiem ;)


Po dłuższej chwili przejaśnia się niego i pojawia się 20 metrowa, drewniana wieża widokowa.



Gdy dochodzimy na szczyt nie ma żywej duszy. Cały wszechświat nasz ;)


Nazwę Trójmorski Wierch wprowadzono w 1946 r. dr Mieczysław Orłowicz. Jest to jedyne w Polsce miejsce, gdzie  zbiegają się zlewiska trzech mórz. Tutaj swoje źródła mają: dopływy Nysy Kłodzkiej w zlewisku Morza bałtyckiego, Lipkovskiego potoku i Cichej Orlicy w zlewisku Morza Północnego i dolina Morawy w zlewisku Morza Czarnego.


A na szczycie góry stoi 20 metrowa drewniana wieża widokowa, z której przy dobrej pogodzie (a nam się taka trafiła) można podziwiać cała okolicę.


Gdy nacieszyliśmy się już widokami, kierujemy się w dół. Na szlaku robi się już gęściej, bo i pora odpowiedniejsza na rodzinne spacery. Więc spacerem do Przełęczy pod Jasieniem (935 m n.p.m) !!!




 Na przełęczy odbijamy w kierunku żółtego szlaku, a na skrzyżowaniu pod Jasieniem na czerwony (w kierunku Jodłowa).

A tak wyglądała nasza Trójmorska pętelka :)


25 listopada 2017

Czeskie Karkonosze - z Horna Mała Upa do Jelenki

Przyszła zima. W górach biało. Oczywiście pierwsza myśl - pakujemy sprzęt i jedziemy. Byle dalej, byle wyżej. 
Ale, ale.... Czasami po prostu chciało by się wyspać. I co wtedy ? Wyjście zimą w góry późnym rankiem, na dłuższy szlak jest nazywając rzeczy po imieniu głupotą. 
Ale czy zawsze trzeba iść długie kilometry? Może czasami wystarczy mały spacer, ale w przecudownych okolicznościach przyrody.
Tak więc lenistwo wygrało z wczesnym porannym wstawaniem. Plan zakładał wsypać się i wykorzystać sobotę na leniwe "szwendanie" się po górach.

Późnym rankiem opuszczamy Wrocław i jedziemy w kierunku Przełęczy Okraj. Docieramy do Horni Mala Upa, gdzie zostawiamy na parkingu auto.  Mala Upa to przepiękna architektonicznie i krajobrazowo wieś, położona na zboczach długiej doliny. Oficjalnie dzieli się na dwie części Dolni Mala Upa i Horni Mala Upa. Tworzy ją kilka dawnych, małych czeskich osad. Obecnie jest to miejscowość typowo turystyczna. 

We Wrocławiu piękna jesień. A tutaj lekki szok pogodowy (jakoś nie jesteśmy zaskoczeni) - wita nas piękna zima. Biało i słonecznie.

Zabieramy plecaki, ciepłe ciuchy, termosy z pyszną herbatą i kierujemy się w kierunku niebieskiego szlaku. 



Pogoda wręcz bajkowa. Im wyżej, tym bardziej zapierające dech w piersiach widoki. Więc ilość przystanków na zdjęcia wzrasta wręcz lawinowo.  W górach jest już pełno śniegu, szlaki są miejscami oblodzone, więc pamiętajcie, żeby zabrać ze sobą raczki lub raki. 



Mijając co chwilę grupki turystów docieramy do Skalnego Stołu i.......chwila dla fotoreporterów ;) 





Kawałek drogi dalej odsłania się Śnieżka. Co prawda widoczność jest wręcz wspaniała, ale nad szczytem tańczą chmury.





Udajemy się do kolejnego punktu wycieczki czyli Przełęcz Sowią. Stąd już parę kroków dzieli nas od czeskiego schroniska Jelenka.  



Ponieważ nigdzie nam się nie śpieszy, do schroniska docieramy ok. godziny 13. Razem z Karoliną i Piotrkiem ustalamy, że nie mamy ochoty się ścigać, na Śnieżce byliśmy już setki razy, więc zostajemy dłużej w schronisku i cieszymy się piękną pogodą. Jak uradzili, tak poczynili. Uwierzcie, herbata z termosu w takich okolicznościach przyrody, w gronie przyjaciół smakuje najlepiej pod słońcem :)


Dla odmiany wracamy żółtym szlakiem. Spokojnie, rekreacyjnie i z uśmiechami na twarzach. Szlak prowadzi spokojnie w dół. Więc nawet zimową porą, mogą się nim wybrać wszyscy na weekendowy spacer. 



Po zejściu do miejscowości odzywa się potrzeba uzupełnienia spalonych kalorii. I tu wybór pada na niedawno wybudowany obiekt Browaru Trautenberk.  I jest to kolejny dobry wybór dzisiejszego dnia. Piękny budynek, bardzo fajnie urządzone wnętrze. Pyszne jedzenie i baaaardzo dobre lokalne piwo. Miejsce godne polecenia. Oprócz restauracji znajduje się tutaj sklep i hotel. 


Upojeni widokami, nasyceni pysznym jedzonkiem, stwierdzamy, że pora wracać w kierunku domu.  



ps. Karola, Piotrek - podziękowania za wspaniałe jak zawsze towarzystwo :)

6 listopada 2017

Ostatnie ciepłe weekendy ze wspinaczką w Sokolikach.

Idzie zima. Ostatnie ciepłe weekendy chyba już za nami. Dlatego z tym większą radością spędziłam je z liną, w dolnośląskich Sokolikach.

W sobotni poranek podjeżdżamy pod "Szwajcarkę" - przeuroczy drewniany budynek schroniska, którego historia sięga XIX w. Jego pomysłodawcą był Wilhelm von Hohezollern, który "zapragnął" posiadać domek myśliwski. I tak w 1823 r. wybudowano w całości z drewna schronisko w stylu tyrolskim.


Obok schroniska znajduje się węzeł szlaków turystycznych, które prowadza w przeurocze zakątki gór Sokolich. Połączeniem szlaków czarnego, zielonego, czerwonego i niebieskiego dojdziemy do Husyckich skałek, gdzie znajduje się punkt widokowy. Czarnym szlakiem dojdziemy do Krzyżnej Góry, na szczyt której można wejść po wykutych w skale stopniach.

Jest to wspaniałą okolica nie tylko dla wspinaczy, ale i dla spacerowiczów oraz rowerzystów.

Ale jeżeli już o wspinaczach, to zarówno schronisko jak i okoliczne skały są mekką dla wspinaczy. To tutaj przy dobrej pogodzie, można od rana do wieczora spotkać "tłumy" ludzi niosące na swoich plecach liny i setki brzęczącego sprzętu.


Sokoliki to typowe skały granitowe. Piękne, turnie o strzelistych wierzchołkach. Wysokość poszczególnych ścian wynosi od kilku do nawet 60 m (a niektórych nawet do 90 m). Jest gdzie ćwiczyć, jest gdzie się wyżyć sportowo. 

Odnajdą się tutaj i początkujący wspinacze, którzy zaczynają swoja przygodę ze wspinaczka, Ci którzy uczą z własną asekuracja czy prowadza pierwsze drogi wspinaczkowe 2-3 wyciągowe. Jest to tez wspaniałe miejsce dla osób, które wręcz "szaleją"na tych najtrudniejszych drogach (zawsze jestem pełna podziwu dla ich umiejętności). 



Ponieważ pojawiamy się przy Sukiennicach dość wcześnie - około 9 rano, na miejscu jest tylko jedna 4 osobowa grupa wspinaczy. 


Zajmujemy swoje pozycje, rozpakowujemy sprzęt i zaczynamy zabawę. 





Po kilku godzinach pod skalami wręcz piknik. Dużo ludzi, radosna atmosfera. Grupy znajomych, całe rodziny. Tak wspinaczka to zdecydowanie rodzinny sport. 

Nie wiadomo kiedy nagle robi się popołudnie i zaczynamy czuć prawie zimowe chłód powietrza. Ręce zgrabieją z zimna, wiec zaczynamy powoli pakować sprzęt. 




Idziemy jeszcze na kawę do Szwajcarki. A potem w drogę do domu.




ps. jedziecie pierwszy raz w Sokoły ? Nie wiecie gdzie iść po opuszczeniu środka transportu ? Polecam ta książeczkę. Przydatna jest bardzo :)