25 listopada 2017

Czeskie Karkonosze - z Horna Mała Upa do Jelenki

Przyszła zima. W górach biało. Oczywiście pierwsza myśl - pakujemy sprzęt i jedziemy. Byle dalej, byle wyżej. 
Ale, ale.... Czasami po prostu chciało by się wyspać. I co wtedy ? Wyjście zimą w góry późnym rankiem, na dłuższy szlak jest nazywając rzeczy po imieniu głupotą. 
Ale czy zawsze trzeba iść długie kilometry? Może czasami wystarczy mały spacer, ale w przecudownych okolicznościach przyrody.
Tak więc lenistwo wygrało z wczesnym porannym wstawaniem. Plan zakładał wsypać się i wykorzystać sobotę na leniwe "szwendanie" się po górach.

Późnym rankiem opuszczamy Wrocław i jedziemy w kierunku Przełęczy Okraj. Docieramy do Horni Mala Upa, gdzie zostawiamy na parkingu auto.  Mala Upa to przepiękna architektonicznie i krajobrazowo wieś, położona na zboczach długiej doliny. Oficjalnie dzieli się na dwie części Dolni Mala Upa i Horni Mala Upa. Tworzy ją kilka dawnych, małych czeskich osad. Obecnie jest to miejscowość typowo turystyczna. 

We Wrocławiu piękna jesień. A tutaj lekki szok pogodowy (jakoś nie jesteśmy zaskoczeni) - wita nas piękna zima. Biało i słonecznie.

Zabieramy plecaki, ciepłe ciuchy, termosy z pyszną herbatą i kierujemy się w kierunku niebieskiego szlaku. 



Pogoda wręcz bajkowa. Im wyżej, tym bardziej zapierające dech w piersiach widoki. Więc ilość przystanków na zdjęcia wzrasta wręcz lawinowo.  W górach jest już pełno śniegu, szlaki są miejscami oblodzone, więc pamiętajcie, żeby zabrać ze sobą raczki lub raki. 



Mijając co chwilę grupki turystów docieramy do Skalnego Stołu i.......chwila dla fotoreporterów ;) 





Kawałek drogi dalej odsłania się Śnieżka. Co prawda widoczność jest wręcz wspaniała, ale nad szczytem tańczą chmury.





Udajemy się do kolejnego punktu wycieczki czyli Przełęcz Sowią. Stąd już parę kroków dzieli nas od czeskiego schroniska Jelenka.  



Ponieważ nigdzie nam się nie śpieszy, do schroniska docieramy ok. godziny 13. Razem z Karoliną i Piotrkiem ustalamy, że nie mamy ochoty się ścigać, na Śnieżce byliśmy już setki razy, więc zostajemy dłużej w schronisku i cieszymy się piękną pogodą. Jak uradzili, tak poczynili. Uwierzcie, herbata z termosu w takich okolicznościach przyrody, w gronie przyjaciół smakuje najlepiej pod słońcem :)


Dla odmiany wracamy żółtym szlakiem. Spokojnie, rekreacyjnie i z uśmiechami na twarzach. Szlak prowadzi spokojnie w dół. Więc nawet zimową porą, mogą się nim wybrać wszyscy na weekendowy spacer. 



Po zejściu do miejscowości odzywa się potrzeba uzupełnienia spalonych kalorii. I tu wybór pada na niedawno wybudowany obiekt Browaru Trautenberk.  I jest to kolejny dobry wybór dzisiejszego dnia. Piękny budynek, bardzo fajnie urządzone wnętrze. Pyszne jedzenie i baaaardzo dobre lokalne piwo. Miejsce godne polecenia. Oprócz restauracji znajduje się tutaj sklep i hotel. 


Upojeni widokami, nasyceni pysznym jedzonkiem, stwierdzamy, że pora wracać w kierunku domu.  



ps. Karola, Piotrek - podziękowania za wspaniałe jak zawsze towarzystwo :)

6 listopada 2017

Ostatnie ciepłe weekendy ze wspinaczką w Sokolikach.

Idzie zima. Ostatnie ciepłe weekendy chyba już za nami. Dlatego z tym większą radością spędziłam je z liną, w dolnośląskich Sokolikach.

W sobotni poranek podjeżdżamy pod "Szwajcarkę" - przeuroczy drewniany budynek schroniska, którego historia sięga XIX w. Jego pomysłodawcą był Wilhelm von Hohezollern, który "zapragnął" posiadać domek myśliwski. I tak w 1823 r. wybudowano w całości z drewna schronisko w stylu tyrolskim.


Obok schroniska znajduje się węzeł szlaków turystycznych, które prowadza w przeurocze zakątki gór Sokolich. Połączeniem szlaków czarnego, zielonego, czerwonego i niebieskiego dojdziemy do Husyckich skałek, gdzie znajduje się punkt widokowy. Czarnym szlakiem dojdziemy do Krzyżnej Góry, na szczyt której można wejść po wykutych w skale stopniach.

Jest to wspaniałą okolica nie tylko dla wspinaczy, ale i dla spacerowiczów oraz rowerzystów.

Ale jeżeli już o wspinaczach, to zarówno schronisko jak i okoliczne skały są mekką dla wspinaczy. To tutaj przy dobrej pogodzie, można od rana do wieczora spotkać "tłumy" ludzi niosące na swoich plecach liny i setki brzęczącego sprzętu.


Sokoliki to typowe skały granitowe. Piękne, turnie o strzelistych wierzchołkach. Wysokość poszczególnych ścian wynosi od kilku do nawet 60 m (a niektórych nawet do 90 m). Jest gdzie ćwiczyć, jest gdzie się wyżyć sportowo. 

Odnajdą się tutaj i początkujący wspinacze, którzy zaczynają swoja przygodę ze wspinaczka, Ci którzy uczą z własną asekuracja czy prowadza pierwsze drogi wspinaczkowe 2-3 wyciągowe. Jest to tez wspaniałe miejsce dla osób, które wręcz "szaleją"na tych najtrudniejszych drogach (zawsze jestem pełna podziwu dla ich umiejętności). 



Ponieważ pojawiamy się przy Sukiennicach dość wcześnie - około 9 rano, na miejscu jest tylko jedna 4 osobowa grupa wspinaczy. 


Zajmujemy swoje pozycje, rozpakowujemy sprzęt i zaczynamy zabawę. 





Po kilku godzinach pod skalami wręcz piknik. Dużo ludzi, radosna atmosfera. Grupy znajomych, całe rodziny. Tak wspinaczka to zdecydowanie rodzinny sport. 

Nie wiadomo kiedy nagle robi się popołudnie i zaczynamy czuć prawie zimowe chłód powietrza. Ręce zgrabieją z zimna, wiec zaczynamy powoli pakować sprzęt. 




Idziemy jeszcze na kawę do Szwajcarki. A potem w drogę do domu.




ps. jedziecie pierwszy raz w Sokoły ? Nie wiecie gdzie iść po opuszczeniu środka transportu ? Polecam ta książeczkę. Przydatna jest bardzo :) 



1 listopada 2017

O zimie, nowych umiejętnościach, wyzwaniach i Pilsku.

Skitury zawsze mi się marzyły, ale jakoś nigdy nie było mi z nimi po drodze. Rządziły w mym życiu biegówki. Marzyły mi się i marzyły, ale jakoś nigdy nie wychodziło. A to brak towarzystwa, a to brak zapału, a to..... 

Ale ciekawość zawsze górą, więc warto spróbować. I tu dylemat. Próbować samej ?? Można.  Pytanie jak mi to wyjdzie. Można też skorzystać z czyjegoś doświadczenia. Ale czy warto ? Ja już wiem, że tak :) 

Uczyć się zawsze warto, ale mądrze. Więc wybór padł na skorzystanie z doświadczenia innych. I to był najlepszy z możliwych wyborów. 

W doskonałym towarzystwie, w najlepszej porze z dziką ilością śniegu i Ja wylądowałam na kursie skiturowym.


fot. M.Cendrowicz

Dużym plusem tego rozwiązania był fakt, że nie musiałam się zastanawiać skąd wziąć sprzęt na ten pierwszy raz. Skierowano mnie do odpowiedniego miejsca gdzie cały sprzęt dobrano specjalnie dla mnie. 

Następnego dnia na miejscu czekała cudowna osoba, która cierpliwie przez cały czas szkoliła, zwracała uwagę na popełniane błędy, starając się zaszczepić dobre nawyki i bakcyla. 



fot. Ola Dzik (bluemu)

O ile samo podejście do schroniska Markowe Szczawiny okazało się tzw. pestką. Jednak biegówki to jest to. To moment w którym trzeba było zjeżdżać pomiędzy drzewami i innymi przeszkodami, okazał się już lekko problematyczny. Braki wychodzą od razu.  

Ale rzekłaś A, to powiedz i B.  


fot. Ola Dzik (bluemu)

Pierwsze dni to nie tylko podejście do schroniska, ale próby zjazdu na okolicznych trasach. Dla mnie często nie udane. Ale z każdym dniem było już lepiej. Coraz łatwiej przychodziły wszelkie "ewolucje", nauka zakosów i zawracanie. 


fot. Ola Dzik (bluemu)

Co prawda zdarzały się i chwile zwątpienia we własne umiejętności. Ale na szczęście wszystkie obawy i bariery zostały pokonane (wiecie wyjeżdżacie z lasu a tu nagle a przestrzeń przeogromna ;P). 


                                                                fot. Ola Dzik (bluemu)

fot. Ola Dzik (bluemu)

Czy warto było ? Było. W tym sezonie już przebieram nóżkami czekając na wyjazdy z nartami. Nie mogę się doczekać, kiedy będę mogła doszkalać to co się nauczyłam. Dlatego stwierdzam, że warto skorzystać z doświadczenia osób, które się znają. Nauczą nas podstaw i zaszczepią dobre nawyki. Pokażą jak radzić sobie w kryzysowych sytuacjach. 

Dziękuję Oli Dzik z Bluemu za wiarę w moje możliwości i utwierdzenie w przekonaniu, że skitury to jest to :)


24 listopada 2016

Tarnowskim rynkiem niedzielny spacer.

Ostatnimi czasy, tak jakoś wychodzi, że co jakiś czas odwiedzam Tarnów. Powoli odrywam co tam w zaułkach piszczy. 

Wedle encyklopedycznych wiadomości Tarnów to miasto na prawach powiatu, leżące w województwie małopolskim, nad rzekami Białą i Dunajcem. Wiekowa historia miasta sięga swymi początkami czasów piastowskich. Tyle i aż tyle. 

A teraz po mojemu ;)



Tarnów renesansowy - zwany jest "perłą polskiego renesansu". Tak przynajmniej kojarzyłam to miasta po odebraniu nauk na kierunkach architektonicznych. 



Będąc w Tarnowie nie sposób nie zauważyć renesansowych perełek, bo cały rynek jest chyba jednym z najwspanialszych renesansowych przykładów  układu architektonicznego miasta. 


Jedną z perełek jest budynek Ratusza - budynek piętrowy, murowany z cegły. Od północy budynek wieńczy 30 metrowa prostokątna wieża, od południa ryzalit z klatką schodową. A zwieńczony jest 
ceglaną, nietynkowaną attyką z dwudziestoma ośmioma blendami ( zrozumcie - architektura to moje zboczenie zawodowe i hobby ;P )



W zaułku przy Katedrze znajduje się przecudna, malutka, najstarsza i jak głoszą przewodniki najpiękniejsza kamieniczka - Dom Mikołajowski. W wzniesionej w 1524 r. kamieniczce obecnie siedzibę ma Muzeum Diecezjalne. I w tym muzeum i jego zbiorach Ja się zakochała. Nie wiem jak Wy, ale Ja bym mogła spędzać w nim godziny. Klimat tego miejsca, plus zbiory, oprawa muzyczna i wspaniała osoba Księdza, który opiekuje się tym miejscem - to wszystko daje wspaniałe wrażenia. 



Muzeum posiada w swoich zbiorach naprawdę wyjątkowy eksponat - oryginał ołtarza kościółka w Lipnicy Murowanej. Dla zainteresowanych ołtarz wpisany jest na listę UNESCO.

I jeszcze jeden przykład budownictwa renesansowego - to Dom "Florencki" z II poł. XVI w. Jego wyjątkowość polega na elewacji frontowej podwieszonej na poziomie piętra na charakterystycznych kamiennych kroksztynach. Obecnie znajduje się tutaj tarnowski oddział PTTK.




Tarnów Żydowski - ulice Żydowska i Wekslarska tworzą najstarszą część dzielnicy zamieszkałej niegdyś przez Żydów. 



Pochodzące z XVII i XVIII w. kamieniczki, które się zachowały charakterystyczny, zwarty typ zabudowy charakterystyczny dla tego budownictwa. Wąskie przesmyki pomiędzy kamienicami, malutkie podwórka, wąskie sienie. 





Na ulicy Żydowskiej znajduje się miejsce, w którym przed II Wojną Światową  stała najstarsza, siedemnastowieczna  tarnowska Synagoga. Obecnie jedynym zachowanym jej fragmentem jest Birma czyli podwyższenie, z którego odczytywana jest Tora. Syngoga została zniszczona przez Niemców w trakcie wspomnianej wojny.



Stary cmentarz w Tarnowie - istnieje od ponad 200 lat. Najstarszy z zachowanych i użytkowanych do dzisiaj cmentarzy z wyjątkowymi zabytkami sztuki sepulkralnej oraz przepięknym drzewostanem.  Najstarsze zachowane w nim nagrobki pochodzą z XVIII w. Klimatem przypomina mi troszkę Cmentarz Łyczakowski we Lwowie, chociaż jest dużo mniejszy i bardziej kameralny. Stary cmentarz zwany również Zabłockim jest nekropolią narodową - spoczywają tutaj  Ci, którzy walczyli o niepodległość kraju w bitwach, wojnach i potyczkach ostatnich stuleci i lat. Więcej o tym miejscu możecie poczytać na tej stronie - Stary Cmentarz





5 lipca 2016

Weekendowy Śnieżnik

Śnieżnik - 1425 m n.p.m jest najwyższym szczytem Kotliny Kłodzkiej. Jest też górą na której byłam już wielokrotnie. Co wcale nie ujmuje mu uroku, a wręcz przeciwnie. Sprawia, ę co jakiś czas tam wracam i wchodzę na niego dla odmiany innym szlakiem niż poprzednio. 

Przy ostatniej wizycie powróciłam do schematu - Międzygórze - Śnieżnik- Międzygórze. 


Dla odmiany Przy wchodzeniu wybraliśmy szlak czerwony z Międzygórza (gdzie zostawiliśmy zaparkowany samochód). W mojej prywatnej ocenie jest to szlak, który wręcz obfituje w miejsca z których można podziwiać przecudne okoliczne panoramy. 
 

Szlak prowadzi na Halę pod Śnieżnikiem. Tutaj możecie chwilkę odpocząć w Schronisku pod Śnieżnikiem. Schronisko zostało wybudowane na plecenie księżniczki Marianny Oriańskiej



Krążące legendy o obsłudze schroniska, niestety nie są przesadzone ;) Natomiast piękne widoki z tarasu przy budynku i dobry humor wynagradzają nam lekkie absurdy tego miejsca ;)


My robimy chwilę przerwy na śniadanie i dalej zielonym szlakiem kierujemy się już na szczyt Śnieżnika. Po ok. 15 minutach dochodzimy na szczyt. Jak tylko wyjdziecie z lasu oglądnijcie się za siebie - pierwsze widoki powodują, że nieświadomie człowiek mówi - Wow !!!




Jeżeli zdobędziecie szczyt przy ładnej widoczności, Waszym oczom ukażą się przecudne panoramy okolicznych gór i pagórków.

 Na szczycie oprócz tradycyjnej tabliczki informującej o tym, na jakiej gorze jesteśmy i jaką ma ona wysokość, znajdują się również pozostałości wieży widokowej. 



Wieża została ukończona w 1899 r. Z wyczytanym przeze mnie wiadomości dowiedziałam się, że było to przed wojną dość popularne miejsce wycieczek.  Po wojnie budowla niszczała, gdyż nie miała opiekuna, który by zadbał o tą budowlę. Do dewastacji obiektu przyczynili się i turyści i panujące na górze warunki pogodowe. Dlatego tez w 1973 r. podjęto decyzję o wyburzeniu obiektu :(

Na zdjęciu poniżej - tak wyglądała wieża widokowa na Śnieżniku. Obiekt z prawej strony to Schronisko na Hali pod Śnieżnikiem.


Obecnie na szczycie znajdują się wspomniane ruiny, "ozdobione" tablica pamiątkową informującą o tym czym te ruiny były wcześniej. Niestety nie zrobiłam sama zdjęcia tabliczki, więc posiłkuję się fotografią z internetu.


A my po krótkim przestoju, pamiątkowej serii zdjęć, schodzimy z powrotem do Schroniska pod Śnieżnikiem. Chwila przegrupowania i decydujemy się na powrót do Międzygórza niebieskim szlakiem.  


Po niecałych dwóch godzinach docieramy do auta i udajemy się w kierunku Wrocławia. 

A tak wyglądała nasza wycieczka z perspektywy mapy ;)